
Bez kategorii
Sobotni podjazd był mordęgą – serce waliło, uda piekły, dwa razy stawałeś z dłońmi na kolanach. A zejście? Spacerek. Gadałeś przez pół drogi, do samochodu dotarłeś zmęczony, ale zadowolony z siebie. W poniedziałek rachunek przychodzi z odsetkami. Chwytasz się poręczy, po schodach schodzisz bokiem jak krab, a na sedes siadasz